Header Pic Header Pic
Header Pic
 

Header Pic
Header Pic  PfeilHome arrow Rejsy arrow Rejs 1995 Iława - Kanał Elbląsko - Ostródzki - Iława
niedziela, 5 września 2010
Imieniny: Doroty, Justyna, Wawrzyńca
Header Pic
Header Pic

Rejs 1995 Iława - Kanał Elbląsko - Ostródzki - Iława _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
Written by Administrator   
Tuesday, 20 May 2008

Rejs Iława - Kanał Elbląsko - Ostródzki - Iława
Lipiec 1995

Decyzja zapadła. 14 lipca wyjeżdżamy dwoma jachtami Spark na około dwutygodniowy urlop. W tym roku miał to być rejs od Iławy, przez Jeziorak, kanałem Elbląsko-Ostródzkim do Zatoki Gdańskiej. Nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu. Ponieważ od kilku dni letnie słońce prażyło bardzo mocno, postanowiliśmy wyjechać o godz. 2.00, aby uniknąć dziennego upału. I już natrafiliśmy na pierwsze przeciwności. O godz. 20.00 okazało się, że w przyczepie trzeba usunąć awarię. Nie było to zbyt proste, bo trwało (z kilkugodzinną przerwą na sen) do godz. 10.00. Tak więc wyjechać mogliśmy dopiero o godz. 12.00. W SAMO POŁUDNIE !!!

***

Natura jednak jest przekorna i pogoda sprzyjała podróży: trochę wyjrzało słońce, popadał deszcz i dmuchał lekki wiatr. Do Iławy dojechaliśmy ok. godz. 17.00. Zmęczeni podróżą, ale szczęśliwi z jej końca zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym ośrodku żeglarskim. To był nasz błąd. Zwodowaliśmy tam jacht, "słono" za to płacąc. Warunki, jakie tam zapewniono były bardzo słabe, a właściwie żadne. Za toalety i prysznice należało płacić /oczywiście ekstra, oprócz opłaty portowej/, a do sklepu było około 1 km. Jedynie woda pitna była ogólnie dostępna. Dużym rozczarowaniem było pierwsze zetknięcie z Jeziorakiem. Wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie: Czy ta woda jest taka brudna? Jeżeli tak, to dlaczego tam jest tak dużo ludzi? Odpowiedź otrzymaliśmy już w krótkim czasie. Pierwszą noc spędziliśmy w bardziej cichym miejscu, tzn. przepłynęliśmy na drugi brzeg uciekając od głośnego ośrodka żeglarskiego. Następny dzień minął nam na zwiedzaniu uroczych /jak się okazało/ terenów Jezioraka. Wiedzieliśmy już, że jest to trzecie co do wielkości jezioro na Pojezierzu Mazurskim, a piąte w Polsce. Jest to jezioro w większości rynnowe, a w części moreny dennej lub czołowej. Pod względem długości /ok. 27,5 km/ ma pierwsze miejsce w Polsce. Większość brzegów zarośnięta jest lasami mieszanymi, często dzikimi, które kryją ostoje zwierzyny, ptactwa. Prawie wszystkim uczestnikom naszej wyprawy nasunął się wniosek: JEST TO POWIĘKSZONY BYTYŃ !!!

***

Wiatry, przeważnie zachodnie, sprzyjały nam i pozwalały na pełny komfort pracy żaglami. Spark okazał się bardzo dobrą łódką na taką wyprawę. Łatwo prowadzi się na żaglach /nawet przy małym wietrze/, płynie szybko /wyprzedzaliśmy wiele łodzi/ i jest też wygodny do poruszania się za pomocą silnika. Krótką przerwę w zwiedzaniu Jezioraka zrobiliśmy w Siemianach. Darmowe cumowanie, wstęp dla wszystkich, miła szybka obsługa i smaczne jedzenie zachęcają do częstszego odwiedzania tego miejsca. W pobliżu znajduje się bardzo dobrze zaopatrzony sklep, poczta oraz aparat telefoniczny na kartę magnetyczną /można ją kupić w barze/. W sobotni wieczór można poskakać przy porywającej do tańca muzyce, np. Czerwonych Gitar wykonywanej przez tamtejszy zespół młodzieżowy. Wszystko to na wolnym powietrzu. A kto szuka ciszy /tak jak my/ może zatrzymać się na przeciwległym brzegu jeziora, na wyspie Łąkowej. Byliśmy mile zaskoczeni, że mimo tak wielu jachtów, łodzi motorowych i innych maszyn pływających można znaleźć jeszcze wiele miejsc do biwakowania. I to jest wielkim plusem tamtych terenów, bo tam wszystko wolno. Można oprócz żeglowania i zwiedzania wszędzie cumować, palić ognisko, biwakować i kąpać się. Ale do tego niezbędny jest jeszcze silnik, szczególnie nam gdyż chcieliśmy płynąć po kanałach.

***

W tym miejscu, a dokładnie na końcu zatoki Kraga nasz rejs prawie dobiegłby końca, gdyby nie życzliwość wspaniałego małżeństwa z Gdyni. Okazało się bowiem, że nasz silnik spalinowy pracował tylko pół godziny i odmówił dalszego posłuszeństwa. Mieliśmy jeszcze w zapasie mały silniczek elektryczny, ale ten nie zdałby egzaminu w dalszej podróży. Był zbyt słaby, aby ciągnąć dwa jachty. Ala i Jurek /wspomniane wcześniej małżeństwo/, od wielu lat co roku wypoczywają nad Jeziorakiem. Tę noc spędzali u wejścia do kanału. Musieli, tak jak my, położyć maszt i przygotować łódź do pływania po kanale. Dzięki nim, a właściwie ich dokładnym mapom, mogliśmy przeanalizować trasę naszej wyprawy. Właśnie od nich dowiedzieliśmy się również, że woda w Jezioraku swój kolor zawdzięcza "rozwojowi gospodarczemu" lat siedemdziesiątych, kiedy nie zwracano uwagi na takie drobiazgi jak ochrona przed zanieczyszczeniami. Przez wiele lat następował gwałtowny wzrost planktonu, i co za tym idzie, zmniejszanie się zasobów życiodajnego tlenu. To pociągnęło za sobą obumieranie organizmów i ich opadanie na dno. W trakcie procesu rozkładu produkowały one złowieszczy siarkowodór. Kryzys gospodarczy po roku 1990 okazał się dla przyrody zbawienny. Znowu można kąpać się w Jezioraku bez zatykania nosa. Sprawdziliśmy to na własnej skórze, a w zasadzie na własnych nosach. Tego wieczoru mężczyźni z pomocą nowo poznanego Jurka naprawiali silnik. Późnym wieczorem stwierdzili, że wszystko jest w porządku i można położyć się spać.

***

Pobudka rano o 8.00. Po śniadaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami Kanał Iławski. Następny nocleg miał być w Małdytach. Już po przepłynięciu krótkiego jego fragmentu, na jeziorze Dauby, okazało się, że nasz silnik znów odmówił posłuszeństwa. Tak więc nasi nowi znajomi wyszli z propozycją przeciągnięcia naszych dwóch Sparków swoim Bartkiem. Skorzystaliśmy z ich propozycji, licząc się z faktem, że podróż będzie musiała się wydłużyła. Korzyść, jaką dodatkowo mieliśmy, to możliwość dokładniejszego obejrzenia kanału. Nad jeziorem Dauby zwróciła naszą uwagę duża posiadłość z końmi i drogimi motorówkami stacjonującymi w małym zamkniętym porciku. I dalej w drogę! Na czele Bartek, ciągnie Sparka "Skorpiona", a jako trzeci Spark - "Pasat". Tak płynęliśmy ponad 11 km do Miłomłyna. Kanał Iławski jest dość wąski, na brzegach porośnięty wielkimi liśćmi nenufarów i grążeli oraz gęstym szpalerem olch, świerków i wierzb. Woda jest czysta, widać roślinność płożącą się na dnie, na głębokość ok. 1,5 m. Ok.1,1 km odcinek kanału jest cudem techniki inżynierskiej, gdyż płynie 3 m nad lustrem wody jeziora Karnickiego. Szczęśliwie dotarliśmy do Miłomłyna, gdzie czekała nas trudna decyzja. Co robić?

***

Wracać na Jeziorak i pływać na żaglach? Kupić nowy silnik i płynąć dalej? Jednogłośnie zdecydowaliśmy, że płyniemy dalej! Tak więc uszczuplone zostały zapasy finansowe, ale był nowy silnik. Byli też nowi przyjaciele, bo tak mogliśmy powiedzieć o Ali i Jurku, którzy zostali z nami do końca naszej podróży. Już przy pomocy nowego silnika wyruszyliśmy dalej, na północ. Około 1,5 km płynęliśmy kanałem-torem wodnym z obficie zarośniętymi brzegami, wśród bagien i podmokłych łąk. Następny, około 4,5 - kilometrowy odcinek przepłynęliśmy przez jezioro Ilińskie /Jelonek/. To urocze jezioro niestety zeszpecone zostało usypaną w poprzek groblą, którą prowadzi nieczynna dziś linia kolejowa. Ponownie krótki odcinek kanału i tak dopływamy do jeziora Ruda Woda. Tu postanowiliśmy postawić maszty. To piękne jezioro przemierzaliśmy na żaglach. Inna nazwa jeziora, rzadziej używana, to jezioro Duckie. Jest to 12 km wstęgi wody, typowej rynny, wciśniętej między wzgórza porośnięte mieszanym lasem. Linia brzegowa jest słabo rozwinięta, przy brzegach niewiele trzcin, za to wiele miejsc do biwakowania. Jest też sporo drobnych wysepek. Płynąc na północ przy wschodnim brzegu z daleka zauważyliśmy wielki napis: "Wenecja - tanie jedzenie, noclegi". Zachęciło nas to do zatrzymania tym bardziej, że upał zniechęcał do gotowania i rozleniwiał nas. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zdążyliśmy tylko przycumować do pomostu, a już młody mężczyzna wita nas gorąco i zaprasza na obiad. Oczywiście skorzystaliśmy z zaproszenia. Otrzymaliśmy bardzo duże porcje kaszy z pysznym sosem i kompot (to wszystko za symboliczną odpłatnością) oraz darmowy pobyt z możliwością korzystania z wody i toalety w, jak się okazało, żeglarskiej przystani harcerzy łódzkich.

***

Spędziliśmy u nich miły wieczór przy ognisku i wspólnej zabawie, śpiewie i tańcach /właściwie to oni dołączyli do naszego ogniska/. Następnego dnia znów opuszczamy maszt i pokonujemy długi odcinek Kanału Elbląskiego od Małdyt do jez. Druzno. Musieliśmy przejść pięć pochylni. Słyszeliśmy i czytaliśmy o nich wiele informacji. Były i takie, które odstraszały. Musieliśmy więc przekonać się sami. W uciętej perspektywie kanału zobaczyliśmy olbrzymie koło żeliwne, pomalowane na czerwono, a po jego obu stronach były dwa wpływy. Dalej góra szerokiego pasa zieleni, po której prowadziły dwa szerokie tory. I to właśnie była pochylnia. Między szynami rozciągnięta była gruba stalowa lina ułożona na kółkach. Z wody wystawały wąskie pomosty. Pośrodku bariery wisiał gong z młotkiem do wybijania sygnałów. Wprowadziliśmy łodzie między bariery, przycumowaliśmy na biegowo z dziobu i rufy. Konieczne było podniesienie miecza i płetwy sterowej. Gdy woda z pluskiem uciekła spod dna łodzie usiadły na grubych dębowych dylach . Zjechaliśmy w dół po szynach. Z pluskiem wjechaliśmy w wodę. Po oddaniu cum mogliśmy zapalić silnik i dalej podróż kanałem do następnej pochylni. Powtarzała się ta ceremonia jeszcze cztery razy. I tak po około sześciu godzinach szczęśliwi, bo obyło się bez awarii, dotarliśmy do jez. Druzno. Zdecydowaliśmy się na postawienie masztów i pływając na jeziorze poszukania miejsca na zjedzenie obiadu. Wiedzieliśmy ,że to jezioro należy do najbardziej znanych i cenionych rezerwatów przyrody, gdzie gniazdują wszystkie gatunki ptaków wodnych, jakie występują w Polsce. Zrobiło nam się jakoś swojsko, bo przecież Bytyń też jest ostoją ptactwa wodnego. Jakże smaczny był obiad w takim swojskim klimacie. Zostaliśmy więc tam na noc, decydując się następny dzień poświęcić na dotarcie do Elbląga, zwiedzanie go i zrobienie zakupów. Plan został zrealizowany i po urzekającym spacerze Starówką pożegnaliśmy się z gościnną "Bryzą" i ruszyliśmy pochylniami w górą Kanału Elbląskiego. Już wiedzieliśmy co nas czeka, więc spokojniej wykonywaliśmy wszelkie manewry. Po dwóch dniach dotarliśmy do Miłomłyna. Tu zakupy, posiłek i następna przygoda: przejście przez śluzy Miłomłyn z różnicą poziomu 3 m i Zielona 1,5 m. Jest to drobnostka, pestka w porównaniu z pochylniami. Uruchamia się ją ręcznie. W dość wąskim betonowym kanale lekko zmieściły się nasze trzy jachty. Woda opuszczana jest bardzo wolno. Tak więc nie było żadnego niebezpieczeństwa. Potem kilka kilometrów na silniku kanałem i dopłynęliśmy do jeziora Drwęckiego. Nie stawialiśmy masztu, bo musieliśmy przepłynąć jeszcze pod mostem w Ostródzie. Musieliśmy się też spieszyć, gdyż nadciągające chmury nie wróżyły nic dobrego. Tak więc Ostróda przywitała nas burzą.

***

Jachty cumowaliśmy przy dużym rozkołysie wody przy pierwszych napotkanych wolnych pomostach przystani Klubu Morskiego LOK. Tam też spędziliśmy następny dzień. Dziś wiemy, że są lepsze miejsca do cumowania /z prysznicami, toaletami itd./ Ta przystań nie była przygotowana do przyjęcia turystów. Sprzyjające wiatry pozwoliły natomiast nam na wyżycie się w żeglarstwie. Mogliśmy obejrzeć to rynnowe jezioro polodowcowe, stanowiące jeden zbiornik. Cały jego południowy wschód mieści się w obrębie miasta. Północny brzeg to nieprzerwany, gęsty bór Lasów Liwskich, a południowy brzeg bezleśny i bezludny, zarośnięty szerokim pasem gestach szuwarów. Natomiast zachodnią rynnę warto było zobaczyć, a szczególnie sam koniec jeziora. Jest tam bardzo egzotycznie: niesłychanie bujna roślinność wodna, prawie 3-metrowe trzciny, muliste dno i wypływa rzeka Drwęca. Niestety czas nas ponaglał. Musieliśmy zostawić dalsze zwiedzanie, a zostały jeszcze bardzo ciekawe miejsca, np. Szeląg Mały, Wielki, Stare Jabłonki. Niestety my musieliśmy już kończyć tegoroczny pobyt na mazurskich wodach. Jeszcze tylko dwa dni spędziliśmy w Iławie. A warto było!

***

Odbywały się tam właśnie Mistrzostwa Świata Modeli pływających. Pierwszy raz mieliśmy okazję uczestniczyć w takiej imprezie. Ile radości mogą przysporzyć takie pływające "zabawki"!!! To trzeba zobaczyć. Tym razem Iława "przyjęła" nas gościnnie, gdyż nauczeni doświadczeniem cumowaliśmy w wybranym, a nie przypadkowo trafionym miejscu. Akurat wybraliśmy bardzo dobrze, bo przystań klubu młodzieżowego. Miła atmosfera, tani pobyt /bo w opłacie portowej całodobowo prysznic, toalety, woda/, w pobliżu plaża, bar, sklepy i co najważniejsze, slip. Wracając do domu wiedzieliśmy już, że "zaraziliśmy" się Mazurami. Jeżeli tylko będą "sprzyjające wiatry", to w przyszłym roku również tam pojedziemy. Mamy przecież nowych znajomych, z którymi chętnie się spotkamy, bo byli dla nas wspaniałymi przewodnikami. Musimy tylko pamiętać, że najważniejszą rzeczą na takiej wyprawie jest dobry silnik. My już o tym nie zapomnimy.

Wprawdzie nie dotarliśmy do Zatoki Gdańskiej, ale te przyjemności chcemy sobie zostawić na przyszły rok .

W rejsie uczestniczyli żeglarze AKŻ WAŁCZ,wspomnienia spisali Maria i Jerzy Żebrowscy

Last Updated ( Tuesday, 20 May 2008 )
 
< Prev
Header Pic
Header Pic
Header Pic
left unten right unten