|
Rejs Iława - Krynica Morska - Iława
Lipiec 2004
Przełom roku 2003/2004, normalne rutynowe spotkanie przy herbacie i czymś do herbaty. Jest długi zimowy wieczór, gadka szmatka jak to fajnie gdzieś popłynąć dalej niż z Nakielna do Drzewoszewa. No fajnie, fajnie ale bo ja wiem...
***
Stało się. Zapadła decyzja. Jedziemy na Warmię! Od tej pory spotkania przy herbacie zmieniają się w cykl spotkań przedrejsowych. Maryla i Jurek Żebrowscy na swoim "Pasacie" i my Agnieszka i Janek Sindrewicz na pożyczonym od Staszka Mirowicza "Józku" (niestety nasza "Sindi" El-bimbo na tułaczkę się nie nadaje). Mapa, najważniejsza jest mapa. Jurek coś mi tam palcem pokazuje, ja udaję, że rozumiem, ale póki co są to dla mnie nic nie znaczące nazwy, których na dodatek nie da się zapamiętać. Co zabrać, jak się przygotować? Mamy jeszcze czas, ale planować już trzeba. Termin ustalony, czas biegnie nieubłaganie, zima minęła, wiosna też, zbliża się czas wyjazdu. Okazuje się, że idziemy na wesele w przeddzień wyjazdu. Nie najszczęśliwsze zestawienie ale da się załatwić. Łódki klarujemy już w piątek by w niedzielę tylko zaczepić hak i w drogę. Przy kładzeniu masztu Aga wyciąga fał grota z masztu. Robi się gorąco. Nawlekanie tego, przy udziale kilku specjalistów, którym się już pewnie takie coś przydarzyło, trwa "zaledwie" 4 godziny. Jeszcze tylko koło zapasowe do przyczepy... skąd je wziąć? O, jest, trzeba wykręcić z innej, która przez 2 tygodnie nie będzie nigdzie jeździć. Wszystko mamy, a jak nie mamy to Jurki mają, bo oni zawsze wszystko mają.
***
Jedziemy! Godzina 12.00. Z Nakielna rusza konwój. Maryla i Jurek Octavią z Pasatem i my Kadettem z Józkiem. Pogoda ładna, słonko świeci, cudownie... było do Chojnic. W Chojnicach zaczęło padać. Hm, padać. LAĆ JAK Z CEBRA! Jeszcze taki kawał a my jedziemy razem z burzą. Prędkość tylko momentami przekracza 20 km/h. Stop, co się dzieje? Nikt nie jedzie. Wszyscy stoją na "awaryjkach", to my też stoimy. Coś się rusza. Kilka kilometrów i drogę przecina nam strumyk, który powstał z ulewy. Gdzie my jesteśmy? Czy to koniec świata? Dzwoni telefon. Maryla mówi, żeby stanąć w najbliższej stacji benzynowej i poczekać aż się przetrze. Tylko ile jeszcze do tej stacji? Jest, stoimy. Silniki wyłączone, szyby automatycznie zaparowują, okna nie można otworzyć bo leje. Przeczekamy, nie może przecież ciągle lać! Jednak może. Po trzech kwadransach telefonicznie ustalamy, że jedziemy. Nikt nawet nosa przez okno nie wychyli żeby pogadać. Błogosławiony ten, kto wymyślił komórki. Jedziemy pierwsi. Dzwoni telefon. Czego znowu? Przecież jadę. Ekipa z drugiego samochodu melduje, że mamy luk dziobowy otwarty na oścież. No nie, czy to kumulacja pecha w ten dzień, czy co? Wysiadam i w strugach deszczu dostaję się do łódki, by zamknąć ten cholerny luk. Nogi mi się ugięły, wszystko mokre. Trudno trzeba jechać dalej. Później się będziemy tym martwić. Operacja zamykania luku w burzę powoduje, że jestem mokry. Dzieci, czyli nasza córka Ania i Agnieszka, córka szwagrów, zaczynają dawać do zrozumienia o swoim znudzeniu. Ja tam nie uważam, żeby było nudno. Ważne, że jedziemy dalej. Deszcz jakby schudł, można przełączyć wycieraczki na wolniejszy bieg. Jakoś gubimy się w Świeciu i kawałek jedziemy samotnie. Przed nami Grudziądz, to już rzut beretem. Jurek jedzie pierwszy i dzwoni, że czeka za Grudziądzem. No pięknie, przed nami skrzyżowanie... całe pod wodą. Na środku Polonez z zalanym silnikiem (i pewnie dywanikami w środku), bo woda wysoka. Nie, nie, ja nie podzielę jego losu. Poczekamy. Na ten pomysł wpadło więcej kierowców. Aga robi wszystko bym się nie zdenerwował, a we mnie już się gotuje. Mamy zaszczyt stać koło sklepu spożywczo - monopolowego, z którego nie ma wyjścia suchą nogą. Okna mamy otwarte, bo prawie nie pada. Robimy lekkie zamieszanie naszym zestawem. W drzwiach sklepu stoi dwóch lekko zaniedbanych kosmetycznie starszych panów z butelkami piwka w dłoniach. Obserwując nasze poczynania, jeden mówi: - Patrz Genek tylko trochę wody, to już tymy łódkamy przyjeżdżają. Pan ów nie wiedząc o tym, rozładował napiętą sytuację. Byłem skłonny mu nawet piwko za tę konkluzję postawić, ale nie chciało mi się w wodzie brodzić. A piwko mu się bezstronnie należało, powiedziałbym nawet, że flaszka. Pełni entuzjazmu postanawiamy jechać dalej. Trochę po chodniku, trochę po krawężniku i udaje nam się przejechać przez to jezioro w środku miasta. Jurki czekają, jak umówione. Jedziemy dalej. Popaduje jeszcze z lekka, ale to już nie tragedia. Zajeżdżamy wreszcie do Iławy. Wykonało się.
***
Teraz trzeba spuścić na wodę łódki. Chcąc oszczędzić trochę grosza, wodujemy w jakimś dzikim miejscu. Wodowanie normalnie kosztuje 50,-zł a swoim samochodem 30,-zł. Niestety slipy są tak strome, że trzeba mieć terenowy samochód, bo osobówką można zwodować cały zestaw. Oczywiście obsługa slipów takie samochody posiada. Co prawda wodowanie na dziko też wymaga nie lada umiejętności (i mocnego sprzęgła), ale 5 dych od okrętu zaoszczędzone. To daje stówę, czyli 3 zgrzewki piwa. Deszcz znowu leje. Wchodzenie do wody w celu wodowania łódek, nie nastręcza żadnego problemu, gdyż i tak jesteśmy mokrzy. Kobiety siedzą w samochodach załamane. Łódki na wodzie, teraz jeszcze przerzucić szpeje z samochodu do okrętu i można odpocząć. Aga "lekko" wściekła. Ma łzy w oczach. Nie tak sobie wyobrażała urlop. W milczeniu opróżniam bagażnik, kurcze ile tego jest. Aga mówi, że już nie ma miejsca a ja mam jeszcze pół bagażnika. Przychodzi Jurek z pomocą. Robi wielkie oczy widząc jaki radiomagnetofon zabrałem. Miał nadzieję, że ja się tylko wygłupiam, mówiąc o tym sprzęcie. Trudno, pozycja radiomagnetofon i gitara zostają w samochodzie. Jurek ma telewizor i swoją gitarę, to wystarczy. Agnieszka próbuje jakoś się urządzić w tej małej przestrzeni zalanej wodą z luku dziobowego. Część szpejów ląduje na łódce Jurków. Ze sztormiaków i ręczników udało się Adze urządzić suche przytulne gniazdko do spania. Odstawiliśmy samochody z przyczepami na parking i możemy płynąć. Jest ciemno, a miejsce gdzie stoimy nie wydaje się bezpieczne. Wypływamy na noc gdzieś w krzaki. Jedno szarpnięcie sześciokonnej Yamachy, woda zabulgotała i płyniemy. Jurek też odpalił "katarynę" i z pomocą latarek szukamy miejsca do spania. Jest, wyspa Ostrów Wielki na Jezioraku, vis a vis Iławy. Cisza, spokój, cumy trzymają, kotwice też, dzieci śpią. Przechodzimy do świetlicy, czyli na Pasata, gdzie sucho, jasno i flaszka na stole. "No to po drineczku za szczęśliwe dotarcie" - wzniosła szklankę Maryla. Napięcie puszcza, klimat urlopu staje się coraz bliższy. No to jeszcze po drineczku i spać. Reszta na jutro. Spać się jednak nie chce.. Opowieści o rzekomych złodziejach silników powodują pobudkę przy każdym drobnym stuknięciu. Co jest? 0200 a motorówkarze śmigają po jeziorze robiąc fale. Na Bytyniu nie do pomyślenia. Barbarzyńcy!!!
***
Wstaje nowy dzień, to i my wstajemy. Szacujemy straty. Nie jest źle, słonko wyszło, humory się poprawiły. Przemoczone podczas wczorajszej ulewy gąbki lądują na pokładzie. Dzieci dostają po kanapce i ruszamy w drogę. Pasat sklarowany i gotowy do drogi, a na Józku... jak po powstaniu. Płyńcie, mówimy do Maryli i Jurka, przecież was dogonimy, mamy 3 razy mocniejszy silnik. Ok, słyszę w odpowiedzi. Po ustaleniu gdzie jest dziób, a gdzie rufa, gdzie moja żona, a gdzie dzieci, rzucamy cumy. Trzy machnięcia pagajem i jesteśmy na głębokiej wodzie. Szarpanka do łapy i odpalam. Raz, drugi, trzeci... nic, silnik nawet nie zagada. Co jest? Wczoraj zapalił od jednego szarpnięcia, a dziś nic. Pewnie się zalał. wykręcam świece, przedmuchuję, zakręcam. Procedura od nowa. Raz, drugi, trzeci, szósty, dziesiąty... dalej nic. Co jest do jasnej Anielki?! Silnik się zalał, mnie też zalewa. Komórka do ręki i ... "Jurek pomocy!!!". Nie ma rady, sznurek i na holu do najbliższej przystani. Widząc ciśnienie na mojej twarzy, Maryla pośpiesznie nalewa lekarstwo na nerwy, które zostało z wczorajszego wieczoru. Zażyliśmy wszyscy, ale nie poskutkowało, więc trzeba było zwiększyć dawkę. Niestety, butelka wyschła. To nic, przecież mamy żelazny zapas 5l spirytusu na cały rejs. No to Maryla pod pokład a my czekamy ze schnącymi na słońcu szklankami. Szklanki wyschły zupełnie, a jej jak nie ma, tak nie ma. Co ona tam? Sama pije czy co? Wychodzi, ale minę ma niewyraźną. Nie!!! To było jak cios w plecy od przyjaciela na warcie. Spirytus został w Nakielnie! Pierwszy drink wyparował momentalnie, decyzja o powrocie wisiała na włosku. Jak można zapomnieć spirytusu? Można zapomnieć żagli, masztu, łódki ale nie spirytusu. I to jeszcze kto? Maryla i Jurek, ludzie którzy wszystko mają i na wszystko są przygotowani. Pięknie, pięć godzin jazdy w burzę, nawalony silnik i jeszcze nie ma co pić. Filary przyjaźni i sympatii mocno się zachwiały, oj mocno. Płyniemy bez słowa. Wita nas port Skarbek. Jeszcze dobrze nie dobiliśmy do kei, a Jurek kłusem, jakby gnała go silna potrzeba, oddala się w bliżej nieokreślonym kierunku. Cumujemy niedbale, wypytując o mechanika, który przywróciłby do życia ten piekielny silnik. Zanim przyszedł spec, Jurek był z powrotem na pomoście. Z FLASZKĄ !!! Honor lekko podreperowany, zobaczymy co z silnikiem. Jest i fachman. Silnik na beczkę, rozkręca, dmucha, robi mądre miny, a my bacznie obserwujemy, starając się zapamiętać każdy ruch, by w razie czego (tfu, tfu !!!) samemu sobie silnik naprawić. Kasuje 30,-zł i wszystko wraca do normy. Przyczyna awarii - brudne paliwo. Płyniemy, kataryny chodzą jak żyletka. Słonko świeci cudownie, sielanka. Skąpo odziane kobiety wyległy narażać się na smaganie słońcem. Dzieciaki raz po raz opuszczają szczęki, to ze zdziwienia, to z zachwytu. Tylu łódek jeszcze nie widziały. Wszyscy serdecznie nam machają, z czego dzieci mają największą frajdę. My sternicy pilnujemy kursu. Sielanka dochodzi zenitu. Wiążemy łódki robiąc katamaran, silniki na wolne obroty. Gdzie nam się śpieszy? Urlop, po prostu urlop, my też musimy zwolnić obroty, luz ponad wszystko, by jak najszybciej zapomnieć o pracy.
***
ciąg dalszy nastąpi...
Jan B. Sindrewicz
|